..
Górami pisane

2 | 2007
 
 
2008-07-02
Odsłon: 1001
 

Granatowa niespodzianka

„Granatowa niespodzianka”
 
Budzik zadzwonił znów tak zupełnie niespodziewanie. Z trudem otworzyłam podpuchnięte chyba jeszcze oczy, by spojrzeć na godzinę wymalowaną maczkiem na ekranie telefonu komórkowego. Siódma rano, a telefon wygrywał „Fantazję” Fasolek – mój ulubiony budzik, choć słowo „ulubiony” nijak ma się do znienawidzonego budzika. Szczególnie nie lubianego wtedy, gdy przez pół nocy chrapanie współlokatorów schroniskowego pokoju nie pozwala zasnąć. I z największą przyjemnością wyrzuciłabym telefon wraz z pobudkową melodią przez okno, gdyby śpiewane przez Fasolkowe maluchy słowa „bo fantazja jest od tego, aby bawić się na całego” nie zatrzymały w bezruchu wszystkie obudzone już zmysły. Tak, to prawda, to nie był sen. Nie idę do pracy, idę przecież w góry. „To Murowaniec, cudownie” – krzyczy w duchu moja podświadomość. Jakie to szczęście – myślę – obudzić się w górach...
Mała Ola, która cały wieczór ogrywała mnie w Chińczyka radośnie podskakuje pod oknem wykrzykując w niebogłosy „słońce, nie ma wiatru, będzie działać wyciąg, pozjeżdżam z Kasprowego, nareszcie”. I mnie udziela się ten optymizm, gdy spoglądam w stronę otoczenia Czarnego Stawu Gąsienicowego. Widok zapiera dech w piersiach, choć tego słońca niewiele, bo jednak sporo na niebie chmur, to jednak uśmiecham się do siebie w nadziei, że dzisiejsza wycieczka się odbędzie.
Śniadanie zjadamy w pośpiechu, widząc tłumy mężczyzn z jakiegoś turystycznego kursu, którzy uzbrojeni w czekany, raki, łopaty i inne zimowe sprzęty szykują się do drogi. Cieszę się, że idą, przynajmniej do stawu będzie dobrze przetarte.
Doganiam ich pod Małym Kościelcem, wyprzedzam, choć idę zupełnie wolno. Swoim tempem, stałym w miarę możliwości. Mężczyźni niemalże wybiegli ze schroniska, by w połowie podejścia pod morenę stawu złapać tak dużą zadyszkę, że zmuszeni są ciągłe odpoczywać. Spotykamy się znów przy Stawie. Wyjmuję aparat, chłonę góry, które są znów przeogromne, przepiękne i niebezpieczne. Mężczyźni częstują mnie kawą, smakuje jak zawsze pysznie, a każdy kolejny łyk dodaje mi tyle energii, że mam ochotę wprost pobiec na górę. „To może przetorujesz nam na Zawrat skoro tak biegniesz do góry”? – Nagle odzywa się głos jednego z napotkanych chłopaków. Śmieją się wszyscy, że kondycję zostawili na dole, jakby próbując usprawiedliwić swoje wolniejsze od mojego tempo. Uśmiecham się opowiadając im złotą górską zasadę, którą kiedyś ktoś doświadczony wbił mi do głowy, że najważniejsze w górach jest wolne tempo, dostosowane do możliwości. Ot sukces wędrowania bez okrutnej zadyszki. Dochodzi do nas mój partner wędrówki i zapowiadamy chłopakom, że skoro idą na Zawrat – pójdziemy za nimi. Zamiar przejścia po świeżo wydeptanych przez kilka par nóg, w ciężkich butach, śladach jest na tyle oczywisty, że tylko każdy porozumiewawczo się uśmiecha. Idziemy. Najpierw Staw, potem próg pod Zmarzły Staw. I tuż przy Stawie grupa się rozdziela. Kilka osób decyduje się, że pójdzie na Zadni Granat, kilka na lodospad z zamiarem wędkowania przez resztę dnia, wreszcie, najmniejsza grupka decyduje się kontynuować powzięty plan wejścia na Zawrat. Śniegu jest coraz więcej, z każdym krokiem zapadamy się po uda, nie widać żadnych śladów z poprzednich dni. Najwyraźniej nikt przed nami nie wchodził na Przełęcz od dobrych kilku dni. Spoglądam w górę, w sam środek żlebu, który aż kipi pod całą masą nawianego śniegu. I choć lawiny z Zawratu schodzą rzadko, zaczynam zastanawiać się, czy warto ryzykować. Wielokrotnie widziałam Zawrat zimą, ale nigdy nie wyglądał tak jak teraz. Jakby zaraz miał wybuchnąć, podrywając w szaleńczy taniec wszystko to, co napotkają na swojej drodze potężne masy kłębiącego się śniegu. Stajemy, naradzamy się, dyskutujemy, czy iść dalej. Jeden z napotkanych chłopaków, ewidentny lider ich grupy chce iść dalej, do samej przełęczy pozostał nam tylko ostatni odcinek żlebu, który wygląda jednak zniechęcająco. Ale pogoda, otoczenie, niewielki stopień zagrożenia lawinowego szepczą do ucha co innego. Jak tu zawrócić, skoro do końca drogi już tak niewiele...
I nagle z dołu, z okolicy Zmarzłego Stawu dochodzi krótkie wołanie „schodźcie”. Odwracamy się, wszyscy, ledwie słysząc krzyczane słowa. „Ludzie na Zawracie, schodźcie”! Teraz słyszymy wyraźnie. „Schodźcie, wracajcie”! Coraz lepiej słyszalne nawoływania trwają, a ich nadawca zmierza na nartach w naszym kierunku w szaleńczym tempie. „Kto to”? Patrzymy na siebie zadając dość intrygujące pytanie. Patrzymy znów na Przełęcz. Są ludzie. Widzimy ich dobrze, dwie osoby na Zawracie, weszły od strony Doliny Pięciu Stawów. „Co robimy”? „Schodzimy”? Padają wciąż, pozostające bez odpowiedzi pytania...
Oznajmiam wszystkim jako pierwsza, że schodzę, że to musi być ratownik TOPR, że nas ostrzega nie dlatego, że ma widzimisię, ale coś się stało, lub może stać. Chłopcy niechętnie, ale mimo wszystko podzielają moje zdanie. Schodzimy wszyscy, by zobaczyć niżej, że rzeczywiście ratownik próbował nas ściągnąć ze żlebu. Pierwszy ze schodzących chłopaków odwraca się pytając, czy nikt go zmienić nie chce, bo nie ma zamiaru pójść na pierwszy ogień spodziewanego „ochrzanu” ratowniczego. Nie dałam się wypchać na sam początek, ale udało nam się zejść niemal równo do ratownika. Stoimy czekając na pouczenie, na „okrzyczenie” na słowa o tym, że jak mogliśmy, tak nieostrożnie, nieracjonalnie, że nikt nie szedł inny, że wystarczyło pomyśleć, że skoro nikt nie szedł, to znaczy że...
Cokolwiek. A tu nie, odwrotnie. Ratownik uśmiechnięty ze spokojem oznajmia nam, że lepiej na Zawrat nie iść. Bo lawiniasto, bo zagrożenie duże, bo na górze są ratownicy z Pięciu Stawów i zawiadomili go przez radio, żeby nas ściągnął.
„Możecie iść na Zadni Granat” – oznajmia nam znów permanentnie spokojny.
Przeprosiliśmy za kłopot, za to, że musiał wyjść specjalnie po nas, trochę głupio mi było za własne nieostrożne plany, ale na szczęście nic nikomu się nie stało. Ktoś wysłał nam Anioła Stróża – pomyślałam...
 
Będąc już przy Zmarzłym Stawie dostrzegamy kolejnego ratownika, tym razem z sondą lawinową, a już za chwilę bezgraniczną ciszę przerywa warkot silnika. Helikopter leci tuż nad naszymi głowami. Desant ratowników przy Stawie, psy lawinowe wkraczają do akcji. A my zaskoczeni zupełnie mamy nadzieję, że to tylko ćwiczenia...
Dopiero południe, zapada zatem kolejna decyzja. Idziemy na Skrajny Granat. Największy z masywu, cudnie prezentujący się od strony Koziej Dolinki. W góry schodzą już wcześniej spotkani chłopcy, z którymi rozstaliśmy się idąc na Zawrat. Chwilę rozmawiamy, opowiadamy przygodę z ratownikiem, a oni zachęcają nas do wejścia na Granat.
Idziemy, co chwilę się oglądam, patrzę na ratowników, a ciszę przerywają ciągłe szczekania psów. A widok.. Znów niesamowity, znów piorunująco piękny. Kościelec, Zawratowa Turnia, Kozie Czuby, Mały Kozi Wierch, Pośredni i Skrajny Granat. I Żółta Turnia. Jak tu nie dostać skrzydeł? Zaczynają się trudności. Czekan, który służył do tej pory wyłącznie do podpierania, często też przeszkadzania, nagle staje się potrzebny. Przytrzymuję się niego zahaczając dziobem o każdy, w miarę dobrze osadzony fragment skały, wbijam w zmrożone trawki, w miejscami spotykany lód. Ekspozycja ogromna, praktycznie pionowe podejście, trochę mikstowe, przednie zęby raków idealnie „siedzą”. Pozory bezpieczeństwa zachowane. Szkoda tylko, że żywcowanie nie uspokaja psychiki J
Długie chwile mijają w całkowitym milczeniu, krok za krokiem, czekan, trzyma, ok., raki, jeden, drugi, druga ręka do przytrzymania skały. Zachowuję się jak automat. Do góry, naprzód, nie patrzę w dół. Nie dlatego, że się boję, nie patrzę, bo najzwyczajniej w świecie nie mam na to czasu, posuwam się do góry w nieźle skoordynowanym pędzie. I wreszcie szczyt, wreszcie czas dla mnie, dla gór, dla krajobrazu i zdjęć. Szczyt Zadniego Granatu to potężny nawis śniegu, lepiej się więc nie ruszać z miejsca. Dochodzą do mnie pozostali towarzysze. Mój partner uśmiechnięty, choć był na Granatach wiele razy, wciąć niezmiennie go zachwycają. Stoimy tak dłuższą chwilę, patrząc na Tatry Wysokie, na Słowackie „kolosy” na Dolinę Pięciu Stawów z malutkim jak pudełeczko zapałek schroniskiem. Jest pięknie, jest przestrzennie tak bardzo, że chciałoby się krzyczeć. Trzeba ruszać w dół, bo zostało nam jeszcze sporo drogi, a na niebie pojawia się coraz więcej ciężkich chmur. Schodzenie w newralgicznym, eksponowanym miejscu zajmuje nam jeszcze więcej czasu. Ostrożnie, krok za krokiem, czekan, ręka, kolana zaczynają boleć, od ciągłego napięcia mięśni. Znów jestem automatem, staram się wyłączać wybujałą wyobraźnię, która przekształciła już mnie w kolorowy latawiec bezwładnie opadający na wietrze w niewidoczną jeszcze dolinę.
Na szczęście to tylko wyobraźnia. Bezpiecznie docieramy nad Zmarzły Staw. A potem w dół, nad Czarny Gąsienicowy i do Murowańca, na późny obiad. W drodze powrotnej rozmawiamy z towarzyszami, którzy podążali dziś z nami. Rozmawiamy o Zawracie o przypuszczeniach, że ćwiczenia TOPRu pewnie zaraz też się skończą. I wreszcie śmiejemy się sami z siebie, że góry zrobiły nam niezłą niespodziankę – Granatową, bo na Granaty nie mieliśmy w planach wchodzić...
 
Kilka dni później na stronie TOPRu, kronika wypadków zdobyła kolejną aktualizację.
Naiwnie brana za ćwiczenia, akcja ratowników pod Zawratem okazała się akcją poszukiwawczą. Jednak tamtego dnia nikogo nie odnaleziono. Dopiero kilka dni później, od strony Pięciu Stawów, tuż pod Zawratem znaleziono przesypane śniegiem ciało Człowieka, który miał od nas sporo mniej szczęścia...
 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 
PiotrP 2008-07-02 13:19:46
Zdjęcia rewelacyjne. Gratuluję.


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd